Jako, że recenzja jest pierwsza, więc wyjątkowa, tak też i przedmiot recenzji będzie szczególny. Odkąd opętała mnie mania niszowych perfum wąchałam całkiem sporo przeróżnej maści zapachów (próbek – bo dla mnie tylko próby naskórne są miarodajne). I moje wrażenia były przeróżne – od zdziwienia przez zachwyt, niesmak, zaintrygowanie. Jednak tylko jeden zapach mnie wzruszył – Idole de Lubin.
Przyznam się, że nie pokładałam w nim nadziei – raczej zamówiłam tę próbkę z ciekawości - w końcu w światku perfum niszowych jest bardzo poważaną marką i postanowiłam ten zapach zwyczajnie poznać. Już po pierwszym “psiku” na nadgarstek okazało się, że mnie oczarował i wręcz wycisnął łzy z oczu (ale takie łzy wzruszenia, nie smutku).
A teraz przeciwstawię się większości opisów Idole spotykanych na blogach i forach. Bo mnie Idole kojarzy się z czymś zgoła innym niż pirackie opowieści (mogłabym rzec – z naciskiem na zgoła).
Przedziwne wrażenie mnie ogarnia jak czuję ten zapach. To trochę tak jakby część mojego wnętrza wypłynęła ze mnie i teraz osnuwała mnie wokół w postaci zapachu. Zamykam oczy i przenoszę się do sypialni, w której panuje półmrok. Delikatne światło lampki sączy się nieśmiało, a ja leżę w na dużym, wygodnym łóżku z hebanowym zagłówkiem. W bezpiecznym, zmysłowym miejscu. Leżę naga, trochę odurzona rumem, który piłam przed chwilą i nawet jeszcze jego resztki zostały mi na wargach. Wtulam się w ciemną, satynową pościel, której dotyk chłodzi moją rozgrzaną skórę. Wyraźnie czuję jak pościel przesiąkła zapachem mojej skóry i teraz stapia się z wonią rumu z moich ust. I czuję się tak dobrze, że oczy robią mi się wilgotne ze wzruszenia. Odwracam głowę i widzę, że szklanka z resztką rumu, którą przed chwilą miałam w ręku przewróciła się i teraz rum sączy się na hebanową podłogę. Z powrotem odwracam głowę i czuję się błogo. Zapach podłogi przesiąkniętej alkoholem pobudza moje zmysły i porusza jakąś nieznaną strunę wewnątrz mnie sprawiając, że przechodzą mnie ciarki i dostaję gęsiej skórki . Na stoliku nocnym dostrzegam pomarańcze udekorowane goździkami – gorzko słodka woń skórki wypełnia pokój.
Oblizuję wargi – słodki i intensywny smak rumu sprawia, że postanawiam sobie dolać. Ale tym razem trunek rozlewa się na moje nagie ciało – spływa po ciepłej skórze piersi, więc opieram się o hebanowe wezgłowie i wycieram sznur pereł, który mam na sobie. A potem zsuwam się do rozgrzanej pościeli i przesiąknięta zapachem rumu jednoczę się w nim z wonią lepkiej i słodkawej drewnianej podłogi. Chwytam w rękę nabitą goździkami pomarańczę i zaurzam się w głębokim śnie.
Idole de Lubin jest zapachem bardzo, ale to bardzo harmonijnym i wyważonym. Żadnych kantów. Nie wiem jak tego dokonała Olivia Giacobetti, ale zapach rozwija się bardzo delikatnie – może rum troszkę wygasa, ale nie znika, tylko robi się spokojniejszy, zgaszony. Generalnie odbiór pozostaje bardzo podobny zarówno na otwarciu jak i w nutach serca czy bazowych- nie ma jakichś spektakularnych transformacji. Ale to może dobrze, bo od pierwszego momentu Idole zachwyca, a różnie mogłoby się potoczyć, gdyby za dużo za czeło się dziać w miarę rozwoju zapachu. Gwoli ścisłości – jakby dla kogoś było mało dobitnie wyrażone – uważam Idole za mistrzostwo sztuki perfumiarskiej
Skład: Nuta głowy: rum, szafran, skórka gorzkiej pomarańczy, czarny kmin Nuta serca: palma dum (widlica tebańska), palony heban, trzcina cukrowa Nuta bazy: skóra, czerwony sandałowiec, ambra
Rodzina zapachowa: orientalno-drzewna
Nos: Olivia Giacobetti
Data powstania: 2011

